poniedziałek, 8 lutego 2016

Szlakiem singapurskiego lwa

Singa znaczy lew. Singapur więc, to Miasto Lwa. Zwiedzając je, co jakiś czas natykałam się na te królewskie zwierzęta i w końcu zaczęłam je kolekcjonować. Tropiąc lwy w przeróżnych odsłonach myślałam o Natku, o tym, jak one nadal go fascynują i jakże cieszyłby się z każdego takiego spotkania. Natku, ten wpis jest dla Ciebie. Przedstawiam Ci singapurskie lwy. :)))

To chyba najbardziej znany z nich. Nazywa się Merlion i jest lwem tylko w połowie. Ktoś unieszczęśliwił go doczepiając mu rybi ogon. Królewsko to raczej nie wygląda, ale Merlion pełni ważną funkcję - jest symbolem Singapuru. Jego miniaturki do postawienia, przyklejenia, przyczepienia i sprezentowania kupić można wszędzie. Może i mnie nie zachwycił jako rzeźba, ale wiele bym dała, żeby stanąć teraz nad wodą, u jego... płetw i spojrzeć ku zapierającemu dech w piersi Marina Bay Sands Hotel. Nawet, jeśli akurat pada deszcz.


Kolejne trzy, piękne, dostojne i sympatyczne lwy spotkałam w niesamowitych Gardens By The Bay, gdzie spędziłam chyba najwięcej czasu. Ogrody te stały się moim ulubionym zakątkiem Singapuru.


To urocze stadko zamieszkuje w Cloud Forest - jednej z atrakcji Gardens By The Bay.



Przyjemniaczek strzeżący hinduskiej świątyni Sri Mariamman Temple w Chinatown.


Ostatni lew z mojej kolekcyjki nie będzie miał opisu, bo... po prostu zapomniałam, gdzie on się znajduje. Natku, mam nadzieję, że poszukamy go kiedyś razem! :)






Kochani, domyślam się, że nie wszystkich Was interesować mogą singapurskie lwy. Pozwoliłam sobie na tą zabawę, bo na nic innego i tak nie mam siły. Dopadł nas okrutny wirus i od ponad tygodnia więzi w domu. Mam przynajmniej nadzieję, że jak już wyjdziemy na świeże powietrze, przywita nas wiosna. Zdrowia Wam życzymy, do usłyszenia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz