środa, 27 stycznia 2016

Nasza singapurska przygoda

Od rana krzątanina. Po przedszkolu zaprowadziłyśmy Nata na sport, zrobiłyśmy zakupy, odebrałyśmy małego sportowca i razem wróciliśmy do domu. Teraz dzieci się bawią, a ja mam chwilę, żeby myślami wrócić do cudownego snu, który śniłam cały miniony tydzień. Był to sen o Singapurze.
Muszę się Wam przyznać, że im bardziej zbliżał się nasz wyjazd, tym większy mnie ogarniał strach. Na szczęście świętowanie Nata urodzin w dzień i przeddzień odlotu skutecznie odwracało moją uwagę od wszelkich obaw. Pierwszy raz mieliśmy rozstać się z dziećmi na tak długo i to oboje. One same, zachwycone obecnością Babci i Dziadka ledwo zwróciły uwagę na nasze wyjście. Przez cały tydzień świetnie się bawiły, ani raz nie zapłakały i ledwie czas znalazły, żeby pomachać nam z ekranu. Ja natomiast najbardziej tęskniłam w pierwszy dzień, kiedy to dosłownie wszystko kojarzyło mi się z dziećmi, i w ostatni, kiedy już nie mogłam doczekać się naszego powitania. Zegarka na ręce nie przestawiłam mimo siedmiogodzinnej różnicy czasu, żeby zawsze mniej więcej wiedzieć, co one akurat porabiają. Poza tymi drobnymi oznakami psychozy spełniałam turystyczną normę: zachwycałam się, rozkoszowałam i alkoholizowałam nadrabiając dwa lata abstynencji. :)
Singapur (myślę, że poświęcę mu jeszcze ze dwa lub trzy wpisy) to dla mnie inna planeta. Piękna, nowoczesna, bezpieczna i czysta. Kolorowa, frapująca i ciepła. Cudownie jest zostać wepchniętym do samolotu przez śnieżną zamieć, by wykulnąć się z niego (tak, już w drodze zaczęłam wstępne sączenie) kilkanaście godzin później w wilgotne tropiki. Miasto nie jest duże i śmiem twierdzić, że w tydzień udało nam się mniej więcej poznać jego klimat i najciekawsze zakątki. Co nie oznacza, że nie chciałabym zostać tam ze trzy życia dłużej.
Zapraszam Was na kilka impresji. Oglądając zdjęcia spróbujcie wyobrazić sobie przyjemne, wilgotne ciepło, śpiew ptaków, zapach kwiatów i urlopowy luz, a poczujecie się dokładnie, jak w Singapurze.

Spektakularny Hotel Marina Bay Sands
Gardens by the Bay
Na dachu Marina Bay Sands Hotel
W Fort Canning Park

W Singapurze zafascynowała mnie harmonia, w jakiej żyją przedstawiciele licznych kultur. Wszystko jest tu wymieszane w naturalny sposób. Różnorodność wzbogaca i cieszy. W każdym razie turystów ;).

Święta krowa w Little India
Chinatown, Singapur
Jedzenie w Singapurze to niezapomniana przygoda sama w sobie. Co dzień próbowaliśmy czegoś nowego, a i tak był to zapewne ledwie ułamek możliwości. Nawet nie podejmuję się opisania tych wrażeń, smaków i barw. Na poniższym zdjęciu indyjski przysmak, którego nie widać, bo schował się pod bitą śmietaną. Dałam radę! :D

1 komentarz: