wtorek, 11 sierpnia 2015

Chłopiec i różowa lala

Mamy przemiłego, bardzo pomocnego, starszego sąsiada. Kiedy wyjeżdżamy podlewa nam trawę, przynosi pocztę do domu. Kiedy remontujemy coś lub budujemy zawsze chętnie służy pomocą, narzędziami, dobrą radą. Lubimy go i cenimy te bezinteresowne gesty. A jednak są momenty, że chciałabym wysłać tego sympatycznego pana na inną, planetę. Sytuacje takie zdarzają się, kiedy sąsiad ze swoją "dobrą radą" bez ceregieli wkracza na teren wychowania naszych dzieci. Wtedy to prawie zawsze budzi się we mnie dzika natura i mam ochotę warknąć na niego ostrzegawczo szczerząc kły. Przykłady? Proszę bardzo.
Zimą Nat często chorował. Zaczął chodzić do przedszkola i co chwilę przynosił różne katary i wirusy. Zna to każdy rodzic. Sąsiad za każdym razem, słysząc, że mały znów jest chory oświadczał, że to dlatego, że za mało czasu spędza na dworze. Najwyraźniej był przekonany, że jak mi to powtórzy sto razy, to w końcu wystawię kaszlącego i smarkającego dwulatka na mróz.
Po starszej kuzynce Nat dostał wózek z lalką. Uwielbia on wszystko, co ma koła, więc chętnie jeździ wózkiem na spacery i wokół domu. Wozi w nim wszystko: auta, kamienie, piłki, kredki, a czasem też po prostu misie i lalkę. O matko, co to była za afera! Chłopczyk z wózkiem i różowo ubraną lalką na spacerze! Tego sąsiad w swoim długim życiu jeszcze nie widział! Na szczęście Nat wtedy, gdy posypały się na nas komentarze jeszcze ich za bardzo nie rozumiał. Ja owszem, niestety. 
Innym razem, w straszne upały, związałam Natowi włosy w maleńką kiteczkę majtającą na czubku głowy. Wyglądał przesłodko i zadziornie, ale przede wszystkim mniej się pocił. Sąsiad musiał i to skomentować. Kazał Natowi się zastanowić, czy dziewczynką jest, czy jednak może chłopcem. 
I tak dalej. Nie jestem jakoś specjalnie drażliwa i wiele potrafię puścić mimo uszu lub skwitować śmiechem, jednak są granice. Dzieciom nie trzeba wiele. Czasem wystarczy jedno krytyczne, złośliwe lub też żartobliwe słowo, by do czegoś je zniechęcić, by je zawstydzić, wtrącić w niepewność i upór. Dziecięca wrażliwość jest jak pajęczyna, zatrzymuje wszystko, co w nią wpadnie. Jeśli jednak uderzyć zbyt mocno, rwie się i rozpada. Dbajmy o to, by nie wpadały w nią śmieci ograniczające wyobraźnię i blokujące kreatywność. Niech to będą same smakowite kąski wspomagające naturalną ciekawość i swobodny rozwój do wolności.
Na koniec mocny argument silniejszy od wilczego warknięcia. Gdyby Nat od wcześniutkich latek nie praktykował opieki nad niemowlęciem, nie mogłabym mu teraz zlecić opieki na Polą i pisać do Was sącząc wino. ;)


4 komentarze:

  1. Bałam się takich głupich przekonań ze strony narzeczonego. Od początku słyszałam gadanie, że "chłopiec to ma być chłopiec". A ja przez prawie całą ciążę wbijałam mu do głowy, że kolor czy rodzaj zabawek nie ma absolutnie żadnego znaczenia - ja bawiłam się autami, a teraz przy najbliższej wizycie w markecie chcę kupić swojemu młodemu odkurzacz. I napełniłaś mnie nadzieją - może w najbliższej przyszłości odpadnie mi jeden domowy obowiązek. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, korzystajmy, póki maluchom się chce. Później będziemy musiały zmuszać. Ale jeśli chodzi o obowiązki domowe, nie będzie u nas żadnej różnicy. Oboje będą się uczyli i pomagali tak samo. Nie chcę wychować ich na łamagi życiowe zdane na innych. Nie chcę też, żeby mój syn słyszał od swojej żony, że niczego go nie nauczyłam ;)

      Usuń
    2. O! Mam postanowienie, że moi synowie będą umieli zrobić pranie, obiad, posprzątać i coś naprawić. Żeby przyszłe matki ich dzieci się nie męczyły z nimi tak, jak ja się męczę czasami z ich ojcem. ;)

      Usuń
    3. Haha, no właśnie, dobra motywacja :D Powodzenia, mam nadzieję, że uda nam się wychować synków na zaradnych i empatycznych mężczyzn. :)

      Usuń