poniedziałek, 23 lutego 2015

Ale cyrk

Napisał Nat (3 lata)

W piątek po przedszkolu Mama i Papa zrobili nam niespodziankę i zabrali nas do cyrku. Arena była w nim tak mała, że wszystkie 20 dzieci, które przyszły na pokaz siedziały w pierwszym rzędzie. Ja też. Ale się działo! Śmieszne skecze clownów przeplatane były występami różnych zwierząt. Jeszcze nigdy przedtem nie głaskałem wielbłąda! Nie mogłem też uwierzyć, że taka stara i gruba koza może z tak niebywałą gracją balansować na wąskiej desce. Najzabawniej było, kiedy zwierzęta wcale nie chciały słuchać poleceń i robiły co chciały, a chciały robić nic. Wtedy śmialiśmy się najgłośniej. Przy wejściu do cyrku dostałem sok i popcorn, który nagle gdzieś zniknął (to taka magiczna sztuczka była, niezbyt fajna). Na koniec mogłem pojeździć na kucyku, co mi się tak bardzo podobało, że wcale nie chciałem iść do domu. I miałem rację. W domu zachorowałem.


Napisała Mama

Nie lubię cyrku. W życiu nie pomyślałabym, że jeszcze kiedyś do jakiegoś pójdę. Clowni mnie nie bawią, raczej drażnią, no i przede wszystkim tresura zwierząt wywołuje niesmak i sprzeciw. Cóż, bycie rodzicem to nieustające wyzwanie. Poszłam.
Cyrk, do którego się wybraliśmy, to maleńki biznes rodzinny. Ojciec, trójka dzieci i może ze dwóch pracowników. Zwierząt mieli kilka: dwa gołębie, dwie kozy, dwa wielbłądy, jedną lamę i trzy kuce. Zwierzaki nie wykonywały żadnych spektakularnych, niebezpiecznych numerów. Zazwyczaj robiły kilka okrążeń wokół areny, wchodziły na małe podesty, kłaniały się i przede wszystkim dawały się pogłaskać zachwyconym dzieciom. Często nagradzane były przysmakami, a ich nieposłuszeństwo obracane było w żart. Naszła mnie reflekcja, że wiedzie im się lepiej, niż w niejednym gospodarstwie, a już na pewno o niebo lepiej, niż w rzeźni. Pewnie, że takie wielbłądy wolałyby wylegiwać się pod palmą, mieć wszystkich gdzieś i wyciągać owłosione nogi na nagrzanym słońcem piasku. Cóż, ja też.
Podczas przdstawienia moje myśli krążyły jednak głównie wokół cyrkowej rodziny. Jakie to jest dziwne życie. Wędrować tak, z miejsca na miejsce. Rozkładać namioty, dbać o zwierzęta i los całej rodziny składać w ręce, a raczej kieszeń kapryśnej i coraz mniejszej publiczności. Obserwując występujące dzieciaki (11, 13 i 16 lat) zastanawiałam się, jak i gdzie chodzą do szkoły, czy chętnie występują, czy mają wybór, jak często się buntują? Czy są szczęśliwe? Trudno mi sobie wyobrazić, jak taki cyrk w ogóle może się utrzymać z tych kilku sprzedanych biletów. Ich życie, to naprawdę inny świat.
Nie lubię cyrku, ale nie żałuję, że tam poszliśmy. Dzieci bawiły się dobrze, Nat przez całe 1,5 godziny nie spuszczał z areny oka, choć jak się później okazało atakował go już wstrętny wirus. Zastanawiam się jednak, czy cyrkowy ojciec zdaje sobie sprawę z tego, że u większości dorosłych trąca strunę nie wesołości, a współczucia.

Gdzie ten popcorn?
  •  Zirkus Hoppla Hopp, ocena Nata: 4/5, ocena Mamy: 2/5

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz