poniedziałek, 16 marca 2015

Z dzieckiem w Paryżu

Napisał Nat (lat 3)

"Paryż jest cudowny!" Banał, prawda? Tak powie każdy. Każdy, kto był tam bez małego dziecka w wózku. Kiedy Mama wspomina naszą wyprawę do tego miasta, najpierw wzdycha, potem klnie pod nosem i dopiero potem niechętnie przyznaje: tak, cudowny. Skąd ta niechęć? Już Wam mówię.
Kiedy wybraliśmy się do stolicy Francji, miałem dziewięć miesięcy i większość czasu spędzałem w spacerówce podziwiając świat. Papa jeździł w Paryżu na targi, więc najpierw poznawałem miasto tylko z Mamą. Wcale nie zniechęciło nas to, że nasz hotelowy (wcale nie najtańszy) pokój to łóżko i wąski pasek wolnej przestrzeni wokół niego, a dodatkowo płatne śniadanie to zaledwie croissant z kawą. Zaopatrzeni w mapę, pełni zapału ruszyliśmy z Mamą w drogę. Rozpieszczeni berlińskimi udogodnieniami dla podróżujących z wózkiem nie mogliśmy uwierzyć, że najmodniejsze miasto Europy małe dzieci, ich rodziców i ludzi niepełnosprawnych ma po prostu gdzieś. Wyobraźcie sobie, że utknęliśmy już na pierwszej stacji metra. Okazało się, że bramki, przez które się przechodzi kasując bilet są dla wózków za wąskie. We dwoje można sobie jeszcze jakoś poradzić. Jeden trzyma dziecko, drugi składa i przenosi wózek. Sama Mama była bezradna. Staliśmy tam na dole z dziesięć minut aż w końcu jakaś duża pani o ciemnej skórze przeniosła mnie, razem z wózkiem nad głową. Do dziś nie wiemy, jak ona tego dokonała. Byliśmy więc w środku, ale to był błąd, bo trzeba było jeszcze, po przejechaniu kilku stacji jakoś się wydostać. Przy niektórych bramkach były szersze, boczne wejścia i można było zadzwonić i poprosić o otwarcie drzwi, ale często nikt się nie zgłaszał, albo nie rozumiano po angielsku. Kiedy w końcu, płacząc i klnąc ze wściekłości Mama wydostała nas na powierzchnię (wind też nie było, trzeba było wózek nosić po schodach), przysięgła, że już sami na pewno nie wybierzemy się metrem. Cały dzień chodziliśmy po Paryżu pieszo, a w kolejne dni trzymaliśmy się blisko hotelu i dzięki temu odkryliśmy urocze, małe uliczki, bez tłumów turystów. Jak po mieście poruszają się miejscowi? Może taksówkami? Kilka razy zaobserwowaliśmy małe niemowlaki w wąskich spacerówkach.
Zwiedzając Paryż już z Papą, wypracowaliśmy metodę awaryjną, by jednak poruszać się metrem. Przed przejściem przez bramkę odczepialiśmy jedno, tylnie koło i tak, przechylając wózek, udawało nam się go przepchać.
Szkoda, że zamiast o wrażeniach spod wieży Eiffla i z Luwru piszemy tyle o przykrościach, ale cóż, to właśnie najbardziej utkwiło nam w pamięci. ;)

Nowa przyjaźń
 

W Luwrze były windy i nawet łazienki z przewijakami. Bardzo mi się tam podobało. Spędziliśmy w muzeum pół dnia i widzieliśmy może połowę eksponatów.


Ciężko z wózkiem było również na cmentarzu Père-Lachaise, gdzie Mama koniecznie zobaczyć chciała grób Chopina. Drogi były brukowane i wiodły często pod górę. Mimo zakupionej mapki, trudno było nam się zorientować wśrod setek ścieżek. Atmosfera niesamowita, tylko czekaliśmy na stukanie kopyt o bruk zwiastujące zbliżanie się konduktu żałobnego. Ale pchanie wózka... ech. Koniecznie zabierzcie nosidło!


2 komentarze:

  1. Oh Paris, Paris.... Jak ktoś raz tam był to będzie tęsknił :) My na szczęście mieliśmy jeszcze Zuzkę w brzuszku, a potem juz skaczącą prawie przez te barierki ;)) Wózek wasz był faktycznie raczej terenowy niż miejski, to trzeba dodać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja już bardziej za Dąbrową Nową tęsknię ;) Jasne, przeżyliście tam romantyczne chwile, to tęsknicie. Miasto piękne, bez dwóch zdań. Byłam po prostu zdziwiona, że tyle się gada o poruszaniu bez barier, a tu taka niespodzianka.

      Usuń