niedziela, 18 czerwca 2017

Deutschland od wewnątrz

Czyli jak zmieniło się moje postrzeganie Niemiec i Niemców po zamieszkaniu tutaj dziesięć lat temu.

Wpis dzisiejszy jest częścią letniego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Zachęcam do poczytania o doświadczeniach innych klubowiczek rozsianych po całym świecie. 

Najpierw spontanicznie pomyślałam: świetny temat, chętnie nad nim podumam. Dość szybko zrozumiałam jednak, że jest on grząski i niewdzięczny. Po pierwsze zmusza do zmierzenia się ze stereotypami, które mam lub miałam w głowie, a wiadomo, myślenie stereotypami jest prostackie i złe, jakże się więc do niego przyznać publicznie? Po drugie wiedziałam, że cokolwiek napiszę, od razu kilka osób zaoponuje z oburzeniem, że tak nie jest, tylko właśnie odwrotnie, i że chyba coś ze mną nie tak, i w ogóle to głupia jestem. Jest jeszcze trzeci aspekt utrudniający zadanie. Otóż Berlin to nie Niemcy. Stolica, w której mieszkam, jest tak specyficzna, tak różnorodna i patchworkowa, że nawet mieszkańcy poszczególnych dzielnic mają tu problem ze znalezieniem zgodnych przymiotników opisujących ich miasto.
Zobowiązałam się jednak, więc brnę dalej. W razie czego usunę co obelżywsze komentarze.

Stereotypy o Niemcach


















Kiedyś myślałam: Niemcy to geniusze organizacji i maniacy porządku. 

Mit o Ordnungu, który muss sein, padł jako pierwszy, kiedy lepiej poznałam mojego męża. Mit o doskonałej organizacji legł z hukiem jako następny, przy okazji odwiedzania różnych urzędów i berlińskich istytucji, w których Chaos, Niedoinformowanie i Absurd bardzo często stały w kolejce przede mną.

Kiedyś myślałam: Wszyscy Niemcy są aroganccy, uważają się za kogoś lepszego.

Tak, z pewnością spotkać można aroganckich Niemców, ale właśnie się wysilam, żeby podać jakiś przykład i nie mogę. Nie przypominam sobie po prostu. Tasuję w głowie kartotekę niemieckich znajomych z pracy, sąsiadów, rodzinę męża i jakoś, o dziwo, wszyscy mili, życzliwi, normalni. Kiedyś sporo do myślenia dała mi wypowiedź pewnego młodego niemieckiego znajomego: "Przez lata miałem kompleksy wynikające z poczucia należności do najbardziej znienawidzonego narodu na świecie. I na pewno nie byłem w tym odosobniony". 

Kiedyś myślałam: Niemcy są bogaci.

Tak, oczywiście, wielu ludziom powodzi się tu dobrze. Nawet w niewielkiej wiosce znaleźć można restaurację, która jakoś nie upada. Większość Niemców może pozwolić sobie na codzienne małe przyjemności wyjścia do kina, kawiarni czy restauracji, na wynajęcie fachowca do prac przydomowych itd. Właściciele małych, rodzinnych firm z tego żyją i tak to się, wcale nieźle, kręci. 
Faktem jednak również jest, że wielu Niemców żyje w biedzie, zaniedbaniu, niedostatku. Pracując jako pedagog socjalny poznałam wiele rodzin nieradzących sobie z codziennością. Poznałam dzieci, które nie mają ani jednej książki, za to popsute zęby i przekonanie, że puree ziemniaczane robi się z proszku kupionego w osiedlowym Netto. Dzieci, które nigdy nie opuszczą swoich szarych dzielnic. Które ze szwargoczącymi staruszkami wysypującymi się z luksusowych autokarów na krakowskie ulice nie mają nic wspólnego.

Kiedyś myślałam: Niemcy muszą być bardzo szczęśliwi.

Z moich obserwacji wynika, że w Polsce ciaśniejsze są wiezi rodzinne i sąsiedzkie, że bardziej rozpowszechniona jest wzajemna pomoc i to owe więzi zacieśnia. Sprawia, że człowiek czuje się bardziej potrzebny, docenienione jest jego miejsce we wspólnocie. Mniej jest samotną wyspą, bardziej za to ogniwem łańcucha. Wydaje mi się, choć mówię to z ostrożnością, że w Polsce większe jest zadowolenie z codziennego życia, większa radość czerpana z wartości niematerialnych. 

Sumując, snując, smęcąc stwierdzam na koniec, że chyba nie tylko zmieniło się moje postrzeganie Niemiec, ale postrzeganie w ogóle. Staram się unikać stwierdzeń "Niemcy są tacy, a Polacy owacy". Wiem, że nie ma to większego sensu. Obserwacje, rozmowy, znajomości, wszystko to utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś takiego, jak cecha narodowa nie istnieje. Owszem, istnieją narodowe zwyczaje czy tendencje, ale nie ma narodowego charakteru. Każdy kraj to taka smerfna wioska, w której znajdziemy Marudów, Pracusiów, Ciamajdów, Zgrywusów, Osiłków i Smerfetki.

Smerfnego dnia Wam wszystkim, gdziekolwiek nas czytacie!

środa, 24 maja 2017

Dzień Polonii - po co, na co i dla kogo?

Niedawno usłyszałam opinię, że na imprezy polonijne chodzą tylko starsi ludzie, którzy nie zdołali zintegrować się z otoczeniem. Był upał, marzyłam o lodach, więc bezrefleksyjnie kiwnęłam głową. Dopiero po trzeciej gałce dotarło do mnie, co to za wierutna bzdura. Na patyku. Niniejszy wpis wypacam, by wysłać link mojemu młodemu i świetnie zintegrowanemu, a mimo to wiecznie niezadowolonemu rozmówcy. 
Po pierwsze, ja na tegorocznym Dniu Polonii w Berlinie byłam, a nie czuję się ani stara (jestem?), ani niezintegrowana. Był na niej mój mąż, który co prawda jest moim osobistym "starym", zgoda, ale co do otoczenia, to on nie tylko z nim zintegorowany jest, on nawet to otoczenie stanowi i to ganz genau. Były też moje dzieci. Tu już chyba nawet rozwijać nie muszę: młode, że bardziej się nie da owoce integracji najwyższego stopnia. 
Po drugie, nie byliśmy wyjątkiem. Wystarczyło przyjść (tak, żeby coś ocenić, najlepiej najpierw zbadać) i się rozejrzeć (metoda obserwacji), by stwierdzić, że plac przed ratuszem w Reinickendorf pełen jest ludzi w różnym wieku, posługujących się różnymi językami itd. Cecha wspólna: uśmiechnięte, rozbawione, przyjazne oblicza. 
Śmiem twierdzić, że w to pogodne, niedzielne popołudnie nie połączyły nas wykluczenie i demencja. Raczej stawiałabym na bigos, pierogi, chęć spotkania wielu znajomych w jednym miejscu oraz (czy to grzech?) tęsknota za swojskością. Bo choć większość z nas, jak mniemam, czuje się i funkcjonuje w niemieckiej codzienności doskonale, to jednak tak się czasem spotkać, powymieniać doświadczenia, nakarmić własnego Wewnętrznego Polaka jest po prostu miło. Tyle.
Przyznam się na koniec, że za festynami nigdy nie przepadałam i będąc jeszcze w Polsce omijałam raczej szerokim łukiem, jednak kiedy coś staje się zjawiskiem deficytowym... Poza tym, gwiazdą tegorocznej imprezy była Urszula, której piosenek słuchałam przez pół podstawówki płacząc co noc, gdy łzy mył mi deszcz i kochałam ten ból, tak bardzo... uwielbiałam cierpieć z "miłości" do Marcina z 8c. I Łukasza, i Andrzeja, i Dareczka. Wspominać te czasy, tańcząc i śpiewając teksty, które nadal znam na pamięć, gdy pod nogami plączą mi się własne dzieci... bezcenne! 
Udanego długiego weekendu, kochani!

Koncert Urszuli w Berlinie


poniedziałek, 15 maja 2017

Ogród Botaniczny w Berlinie

Czy ogród botaniczny może być atrakcją dla małych dzieci? Nie mieliśmy pewności, ale ponieważ koło niego przejeżdżaliśmy i dysponowailśmy dwoma wolnymi, niedzielnymi godzinami, postanowiliśmy to sprawdzić. I tu, proszę Państwa, sensacja! Zaaferowane, autentycznie zainteresowane tematem dzieciaki biegały wśród kaktusów i kwiatów podziwiając, wąchając, dotykając, wskazując, słuchając śpiewu ptaków i wykrzykując na przemian zachwycone "patrz!" i zdziwione "a cio to?". Dwie godziny okazały się stanowczo za krótkie, a my nawet nie zdążyliśmy opuścić szklarni. Dramatem to jednak nie było, bo na zewnątrz akurat porządnie się rozpadało.

Berliński Ogród Botaniczny jest trzecim co do wielkości na świecie i warto jest zaplanować na niego co najmniej pół dnia. My na pewno jeszcze tam wrócimy, bo mimo wątpliwości okazał się niezywkle wdzięcznym celem rodzinnego wypadu i sporo zostało nam w nim do odrycia. Mnóstwo połączonych ze sobą szklarni, kilometry ścieżek wśród drzew, klombów, pawilonów i krzewów, wystawy tematyczne... Aktualnie otwarta jest wystawa drzewek bonsai i bardzo żałuję, że zabrakło nam na nią czasu. Latem w ogrodzie odbywają się koncerty pod gołym niebem. Na odpoczynek i regenerację sił zapraszają restaruacja i kawiarnia. Zostać można by w ogrodzie cały tydzień. Pytanie tylko, czy pozwolą nam rozbić gdzieś namiot?


Wstęp do ogrodu kosztuje dorosłych 6€, natomiast zniżkowy 3€. Dzieci do lat sześciu wchodzą za darmo. Poza tym istnieją też oferty specjalne, np. bilet rodzinny, wieczorny itd. Za wstęp do muzeum i na wystawy tematyczne płaci się dodatkowo. Zachęcam, by zajrzeć na stronę ogrodu i nieco zaplanować spędzony w nim czas. Nasza spontaniczna, krótka wizyta, choć bardzo udana, raczej bardziej jeszcze podsyciła ciekawość. 


Głównym celem naszej niedzielnej wycieczki był jednak polonijny koncert "Powróćmy jak za dawnych lat" organizowany przez Verein für Interkulturelle Begegnungen e.V. Bardzo przyjemna, sentymentalna podróż z humorem do muzycznej Polski lat 1920-1960.
Pola wykończona zwiedzaniem koncert niestety przespała. Za to Nat bawił się świetnie (przynajmniej pierwszą godzinę, bo po niej główka też zaczęła mu się kiwać nie do rytmu) i pękał ze śmiechu podczas zabawnego wykonania hitu "Ada, to nie wypada". Mnie najbardziej spodobała się aranżacja piosenek "Przeklnę cię" oraz "Sex appeal". Publiczność, mimo deszczu dopisała i kolejny raz mogłam doświadczyć tego, że organizowanie imprez polonijnych w Berlinie naprawdę ma sens. Oby częściej!